|
Człowiek – z wiekiem – zaczyna się psuć, jak rzecz albo maszyna. Stąd konieczność jego serwisowania, a nawet kapitalnych remontów chroniących przed ostateczną kasacją i złomowaniem. Jak się okazało, nie jestem wyjątkiem.
Dość nieoczekiwanie i nagle rozsypało mi się prawe kolano, tracąc częściowo swoją stabilność, a wraz z nią moją pewność w sprawnym stawianiu kolejnych życiowych kroków. Niespokojne, natrętne myśli zaczęły rezonować w mojej histerycznej łepetynie. Nasilając się obsesyjnie odbijały swoją wredną gębę w mrocznym lusterku fizjologii, fundując mi psychiczne rozbicie i dramatyczny opad nastroju. Błyskawicznie zatem zapadła decyzja o zabiegu naprawczym gorączkującego stawu, by ostudzić głowę.
Z drżeniem serca – acz szczęśliwie – trafiłem pod skrzydła i nóż personelu w podkarpackim Strzyżowie. Nie w Warszawie, Wiedniu czy Freiburgu, tylko tam właśnie: w Strzyżowie! Nie śniłem nawet, że w kameralnym powiatowym szpitalu może być jak w serialu, a nawet lepiej. Bardziej opiekuńczo, serdecznie, swojsko i fachowo. Na wszystkich etapach i poziomach mojego powrotu do żywych oraz fizycznej formy. Ludzie – przez bardzo duże „L” – zajęli się mną w Strzyżowie jak najprawdziwsze anioły. Wszyscy: od prowadzących leczenie i operujących lekarzy, poprzez ofiarne i urocze panie pielęgniarki, aż po dyrekcję. Nic dodać, nic ująć!
Zawsze brakuje odpowiednich słów, by wyrazić swoją radość, wdzięczność, czułość i wzruszenie kierowane pod adresem Osób niwelujących niemoc, ból, strach i brak akceptacji dla planów na przyszłość. Po prostu DZIĘKUJĘ!
Dwa nazwiska w kąciku dziękczynnym pojawić się jednak muszą. Bez Andrzeja Włodyki i Artura Harmaty mógłbym jedynie pomarzyć o Operacji Strzyżów. Zaczynam powoli stąpać po ziemi. Na nowo… Krzysztof Myszkowski Cisna, niedziela 10.01.2010
|