Edward Stachura

Z twórczością Edwarda Stachury nie zetknąłem się w szkole. Ówczesne władze oświatowe lansowały bowiem inne kanony piękna w literaturze. Edward StachuraNa trop Mszy Pogańskiej, poematu ukrytego przez Steda w zbiorze Dużo ognia i tak dalej, wpadłem na imprezie towarzyskiej w 1983 roku. Studiująca skandynawistykę Małgosia Cymerys - rówieśnicza miłośniczka śpiewu, poezji i białej wódeczki - podsunęła mi dyskretnie tę książkę, odmieniając nieodwracalnie moje życie. Wszystko zatem wzięło się z przypadku. Spontanicznie powstawały pierwsze piosenki, które wykonywałem akompaniując sobie na gitarze, przy każdej nadarzącej się okazji. Najchętniej w macierzystym akademiku. Coraz częściej zaś w duecie z Andrzejem Sidorowiczem - przyjacielem z ogólniaka. Nieco później, w rozszerzonym do kwartetu składzie zaczęły się popisy estradowe, jak kraj długi i szeroki. Dużo ogniaTym sposobem trafiliśmy ze Stachurą pod przysłowiowe strzechy. Śpiewano nas wszędzie. Na rajdach, przy ognisku, w schroniskach, a nawet w przejściowych obozach dla azylantów. Po dziś dzień publiczność domaga się na koncertach Cudnych manowców, Wrzosowiska czy Madame, więc ryczymy wciąż na cały regulator: Z nim będziesz szczęśliwsza albo Ruszaj się Bruno, idziemy na piwo. I dobrze nam tak! Piosenkami poety zapełniliśmy szczęśliwie kilka sympatycznych płyt.

Całkiem niedawno odwiedziłem Stachurę na Wólce Węglowej. Po raz pierwszy - dopiero teraz, po latach. Stojąc przy grobie zauważyłem, że w tym roku skończyłby 70 lat. Odtąd nie daje mi spokoju uporczywa myśl, aby ten fakt w jakiś artystyczny sposób zaakcentować. Uczcić i odświeżyć pamięć o wiecznie żywym, wiatrem podszytym Stedzie...

Krzysztof Myszkowski