Wpływy
| Edward Stachura |
| Wojciech Belon |
| Bolesław Leśmian |
| Adam Ziemianin |
| Józef Baran |
| Jan Rybowicz |
| Bogdan Loebl |
Bieszczadzkie anioły
| Moje Bieszczady |
| Festiwal Sztuk Różnych |
| BA' 2001 |
| BA' 2002 |
| BA' 2003 |
| BA' 2004 |
| BA' 2005 |
| BA' 2006 |
| BA' 2007 |
| BA' 2008 |
| Pożegnanie Aniołów |
HLEV
| Hlev |
Archiwum
Gościmy
Odwiedza nas 53 gości| Wojciech Belon |
|
Legendarny Wojtek Belon, zanim stał się postacią kultową, otoczoną nimbem sławy i świętości, pojawił się jakby nigdy nic na mojej artystycznej dróżce.
W lipcu nad morze pojechaliśmy zatem we dwóch. Na miejscu zaprzyjaźniliśmy się z Olą Kiełb, która skorzystała z identycznego zaproszenia. "Święto" stało się autentycznym wydarzeniem festiwalu. Zgromadziło sporą widownię oklaskującą ówczesne gwiazdy - nie tylko studenckiej estrady. Odrodzona Bukowina, folkowy Bus Stop, buńczucznie wzywający na barykady Zespół Reprezentacyjny, Daab "reggae'ujący" na wyjątkowo miękkich nogach oraz Dżem i gwiazdorska Martyna Jakubowicz stworzyli niezwykły spektakl. A wśród nich my - sine ze strachu "Smyki", bo tak zwykł wołać na nas Wojtek. Tło dla muzycznych popisów wszystkich artystów stanowiła ruchoma scenografia zaimprowizowana naprędce przez Staszka Wolskiego - niestrudzonego animatora teatrów ulicznych. Dźwięki płynące z cymbałów tajemniczego Jankiela i harmonijek Irka Dudka przeplatając się sprawiły, że koncert odbył się bez zbędnych słów i nadętych konferansjerów. Tej nocy w amfiteatrze nie zapomnę nigdy. Belon ze szczęścia poszedł w gaz, a my zgodnie podążyliśmy jego tropem. Dopiero o świcie dotarło do mnie, że miałem w tym wszystkim swój udział. Po czymś takim nie było już odwrotu. Postanowiłem zająć się muzykowaniem na poważnie, a "Majster Bieda" został ojcem chrzestnym mojej twórczej szajby. Znaliśmy się niewiele ponad rok, bowiem 3 maja 1985 roku Wojtek zmarł. Zniknął z mojego życia tak samo, jak się w nim pojawił - nieoczekiwanie. Nie od razu potrafiłem się z tym faktem zmierzyć. Pogodzić z tym, że to koniec - tym bardziej. Upłynęło sporo czasu, zanim zrozumiałem w pełni, co się stało. Ulgę poczułem dopiero w chwili, gdy uwierzyłem, że mimo utraty Przyjaciela, Mentora i Opiekuna moich pierwszych kroków na scenie, zyskałem Nowego Bohatera, Opokę i Patrona artystycznej drogi. Na całe - mam nadzieję - życie. Na pogrzeb do Buska nie pojechałem. Nie czułem się na siłach, by to zrobić, ani też nie wiedziałem, czy będzie to stosowne. Odwiedziłem Wojtka na cmentarzu dopiero parę tygodni później. Wspominam to spotkanie jako wzruszające i metafizyczne. Zresztą, nie inaczej jest i dziś... Krzysztof Myszkowski |
Właściwie wtedy ścieżce jeszcze... Dokładnie 1 kwietnia 1984 roku, a więc w Prima Aprilis, przystąpiłem wespół z Andrzejem Sidorowiczem do swoistego egzaminu, jakim były eliminacje do Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. Rzuciliśmy się trochę z motyką na słońce - dwa nieopierzone żółtodzioby. Uczniaki. W rolę czeladnika szefującego jurorom przeglądu wcielił się tego dnia "Majster Bieda" właśnie. Występ udał nam się nienadzwyczajnie. Tym większe więc było moje zdziwienie, gdy tuż po jego zakończeniu sam Mistrz zaprosił mnie do Świnoujścia na FAMĘ. Latem miałem wziąć udział w jego autorskim koncercie zatytułowanym "Święto". Szczegóły imprezy poznałem za kulisami, w przerwie przesłuchań. Wojtek, dość dyplomatycznie - powołując się na rachunek ekonomiczny - usiłował pominąć w swoim zaproszeniu Andrzeja. Gdy upomniałem się dość ostro o swojego kumpla, Belon szybko zmienił front, łapiąc w lot niedorzeczność swego pomysłu. Teraz, po latach, myślę, że był to sprytny test na moją lojalność wobec przyjaciela, chociaż głowy nie dam. Swoją drogą, to niegłupi pomysł, by młodych pasjonatów od razu sprawdzać na okoliczność występowania u nich ludzkich odruchów na starcie do tak zwanej kariery. A zwłaszcza w dzisiejszych mocno zdziczałych czasach.