BA' 2006

Bieszczadzka gałązka
słowa: Adam Ziemianin
muzyka: Krzysztof Myszkowski
wykonanie: Krzysztof Myszkowski
 
 

Edycja szósta: PRZEŁOMOWA, bo zmieniło się wszystko, albo prawie wszystko. Najpierw „zielony” dyrektor Bieszczadzkiego Parku Narodowego przegonił nas z Górnej Wetlinki, strasząc katastrofą budowlaną starej owczarni. To pociągnęło za sobą konieczność błyskawicznego wyboru nowego miejsca dla „Aniołów”. Wyszukałem zatem, obwąchałem i pokochałem dołżycką Dolinę Obiecaną, dostrzegając jej logistyczne zalety i brak większych wad poza uprzedzeniami zrodzonymi z przyzwyczajenia. Teren u stóp Łopiennika okazał się większy, łatwo dostępny i – co najważniejsze – bardziej przyjazny imprezie niż anielska kolebka, którą nowy nadgorliwy urzędnik na mocy swoich ekologicznych decyzji szybko zrównał z ziemią, zacierając brutalnie wszelki ślad obecności człowieka w tym magicznym miejscu.

Wówczas chaos wkradł się w szeregi ekipy organizacyjnej. Pojawiły się wewnętrzne tarcia i nieporozumienia. Kilka znaczących osób zgłosiło swoje pretensje pod moim adresem, zarzucając samowolę w podejmowaniu decyzji oraz blokowanie przepływu informacji. Próbowałem ze spokojem ignorować te wierutne bzdury, ale kosztowało mnie to sporo zdrowia. Nagle każdy chciał wiedzieć wszystko i decydować o wszystkim nie robiąc nic. Chwilami zakrawało to na sabotaż. W tej sytuacji odpowiedzialność za podniesienie wraku festiwalu z dna i presję otoczenia z tym związaną wziąłem na swoje barki. Mimowolnie. Kosztem pogłębiających się lęków i bezsennych nocy. W upiornej symbiozie z telefonem komórkowym. Lipcowy urlop z dala od zmartwień i trosk zamienił się w nerwowy koszmar.

Na koniec do głosu doszły jeszcze wraże siły lokalnej pseudoelity umysłowej i artystycznej, która pokazała swoją wredną twarz. I beznadziejną głupotę przy okazji. W świat popłynęły plotki, oszczerstwa i obrzydliwe pomówienia na mój temat. Dałem temu zdecydowany odpór w kilku ostrych słowach na forum miejscowego areopagu, czyli w knajpie, co dodatkowo zaogniło rozjątrzoną sytuację. Zagotowały się puste głowy. Urażone ambicje przeszły w fazę aroganckiej agresji, intensyfikując manifestację bojkotu imprezy. Przeżyłem i to. Psy ujadały, a ja ratowałem festiwal. Pozwoliłem mu przetrwać i narodzić się na nowo.

Wymienienie tych wszystkich siewców zamętu z imienia i nazwiska mija się z celem. Jakikolwiek rozgłos nie powinien być komuś takiemu dany, zaś poczucie winy, czy wstydu jest im zupełnie nieznane.

Krzysztof Myszkowski