Wpływy
| Edward Stachura |
| Wojciech Belon |
| Bolesław Leśmian |
| Adam Ziemianin |
| Józef Baran |
| Jan Rybowicz |
| Bogdan Loebl |
Bieszczadzkie anioły
| Moje Bieszczady |
| Festiwal Sztuk Różnych |
| BA' 2001 |
| BA' 2002 |
| BA' 2003 |
| BA' 2004 |
| BA' 2005 |
| BA' 2006 |
| BA' 2007 |
| BA' 2008 |
| Pożegnanie Aniołów |
HLEV
| Hlev |
Gościmy
Odwiedza nas 49 gości| Bolesław Leśmian |
|
Leśmian poetą wielkim jest. Mówi się teraz o tym głośno w każdej szkole, słusznie stawiając jego twórczość na równi z romantycznym łkaniem narodowych wieszczów. Aż dziw bierze, że kiedyś mogło być inaczej. Kiedyś, czyli za życia poety. Gnom, chrząszcz, pogrobowiec Młodej Polski, najlepszy notariusz wśród poetów – te i inne złośliwe przytyki, których nie szczędziły mu ówczesne kulturalne elity, miast poznać się na walorach jego twórczości oraz właściwie ją docenić, nie przysporzyły mu zdrowia i długiego życia, gasząc je przedwcześnie irracjonalnym atakiem serca. Tym sposobem nie poczuł Leśmian smaku należnej mu sławy, chwały i uznania za życia. Stał się za to obiektem zbiorowej adoracji po śmierci. Większość artystów śpiewających poezję do dziś sięga po jego wiersze, tworząc kolejne melodyczne i aranżacyjne wariacje na ich temat. Mnie również nie ominęła gorączka potrzeby zinterpretowania kilku jego utworów. Z perspektywy czasu postrzegam to, jako fakt cenny i sympatyczny, chociaż niewiele znaczący dla mojej drogi twórczej. Trudno mi się bowiem zgodzić z opinią Leśmiana, iż poezją są jedynie te ulotne chwile, w których obok siebie stoją słowa, które tam dotąd nie stały. Wierzę i wiem, że pisaniem wierszy może być również najprostsze, przyziemne nazywanie spraw po imieniu. Bez konieczności wystrzeliwania się w kosmos metafor. Krzysztof Myszkowski
|
Często myślę o tym z troską spacerując co jakiś czas wokół dostojnego gmachu zamojskiej Centralki albo wspinając się na zdziczałe wzgórze iłżeckiego zamku, w poszukiwaniu resztek malinowego chruśniaka. Uruchamiam wtedy maszynę wyobraźni i dostrzegam w mroku cień człowieka targanego rozterkami i namiętnościami natury osobistej, zawodowej i obyczajowej. Nie umiejącego odeprzeć bezpardonowych ataków i jadowitych szyderstw zawistnych pseudoprzyjaciół po piórze. Widzę niezrozumianego przez współczesnych mu luminarzy sztuki klasyka poezji wchodzącego do Akademii Literatury Polskiej kuchennymi drzwiami, gotowego na daleko idące ustępstwa i ingerencję literackich miernot we własne arcydzieła, dla prozaicznej emerytury w wymiarze jałmużny. Ponadto obserwuję nieustępliwego geniusza rzucającego perły przed wieprze, bez silenia się na jakąkolwiek poprawność wobec panujących mód i trendów epoki. Wielkiego mikrusa wysiadającego z pustej dorożki, mającego odwagę artystycznej werbalizacji swoich lęków, tęsknot i pragnień. Szarmanckiego uwodziciela oraz konesera kobiecych wdzięków i powabów, „całującego rączki, wąchającego nóżki, śliniącego usteczka i pierniczki” oraz „zlizującego wszystkie brudziki z kędzierzawki mięciuchnej i pupuchny wonnej” swojej poetyckiej muzy.