|
Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Aby poznać Józefa Barana nie potrzebowałem żadnego emisariusza. Tego wysłał do mnie on sam. Na dodatek pod postacią wspomnianej baby, uwięzionej w ponętnym ciele młodej, apetycznej brunetki, którą nie była żadna z jego - nie mniej atrakcyjnych - córek. Baba, jak to baba. Wypełniwszy na odczepnego swoją powinność, utonęła natychmiast w objęciach jakiegoś chuderlawego bodyguarda i opuszczając pośpiesznie Jaszczury rozmyła się wraz z nim w nieludzkim gąszczu na krakowskim rynku. Nie zdążyłem nawet pomyśleć, by spróbować się z nią umówić. Podejrzewam zresztą, że owym bawidamkiem u boku uroczej studentki był sam Józek, wcieliwszy się w jedną ze swoich ulubionych ról. Zbawiennie zatem, dla dalszych losów naszej znajomości, zostałem w klubie sam - jedynie z wyborem wierszy poety i zaczepnym listem intencyjnym w roztrzęsionych dłoniach. Okazało się, że Józek - pobudzony barwnymi opowieściami Adama Ziemianina o jego współpracy z zespołem - zapragnął również swoje wiersze wzbogacić o nienachalną, jak on sam, oprawę muzyczną. Mówisz i masz! Ostro zabrałem się za Pacierz Szwejka, w opracowaniu którego zaszkodziła mi służba wojskowa, skutecznie lecząca z wszelkich pacyfistycznych mrzonek o świecie wolnym od mundurów, mundurowych i ekscentrycznych zachowań tych drugich. Później, nasza twórcza kooperacja nabrała nieco rumieńców, chociaż śpiewanie józkowych wierszy bez ingerencji w ich treść i strukturę nie było sprawą łatwą. Przeróbkami samej tylko Ballady majowej można by zapełnić całkiem pokaźny tom poezji. Nie inaczej działo się z pozostałymi tytułami, które po morderczej obróbce skrawaniem szczęśliwie trafiły na płyty. I wtedy do głosu dochodziła zabawna cecha charakteru naszego bohatera, który obcowanie z każdą z tych płyt zaczynał od porównywania liczby swoich utworów i Adama, studiując uważnie spis piosenek. Utrzymanie powagi w takich chwilach graniczyło z cudem, ale udawało mi się to przez długie lata. Potem nasze kontakty rozluźniły się nieco - w naturalny sposób - z prozaicznego braku nowych pomysłów oraz za sprawą adamowego monopolu na słowa do mojej muzyki. Po ciężkiej chorobie, która mu nie darowała, zacząłem Józka odkrywać na nowo. Jako człowieka i artystę - w takiej właśnie kolejności. Sponiewierany przez los Baran spod znaku Koziorożca nagle spokorniał. Wyraźnie nabrał dystansu do siebie oraz otoczenia i, co ciekawe, okazał się życzliwym mentorem młodych pisarzy, traktujących jego głos na każdy temat, jak najbardziej poważnie. Z szacunkiem. Poruszyła mnie też do głębi pomoc i postawa poety w przywracaniu do życia twórczości - potencjalnego rywala - Jana Rybowicza, z którym łączyła go niegdysiejsza literacka przyjaźń. Józek umożliwił mi wgląd w zachowaną korespondencję obu panów, jak również udostępnił archiwalny zapis ich rozmowy przy wódeczce, ocalony jakimś cudem w rodzinnej taśmotece Baranów. Odebrałem to jako wzruszający gest dopuszczający mnie do stołu i wspólnej dyskusji, tożsamy z metafizycznym aktem najwyższego, poetyckiego wtajemniczenia. I za to będę Józiowi wdzięczny już zawsze. Krzysztof Myszkowski
|